Rano obudziłem się w przyjemnie zacienionym zaułku przykryty najnowszym wydanie Sunday Timesa. Znów miałem ochotę rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś daleko. Wyjechać z nią.
Gdy minął mi pierwszy ból głowy wywołany wczorajszymi uciechami, z mgły nocnych wydarzeń zaczął wyłaniać się wyraźniejszy obraz. Nie wylądowałem w ciemny zaułku przypadkowo, ktoś mnie tu przywlókł. Ten ktoś był wielki, nosił drogi garnitur. Ten ktoś był zawodowcem. To był człowiek Rachel, a ja dostałem ostrzeżenie, nie pierwsze i nie ostatnie.
Podniosłem się z ziemi, otrzepałem marynarkę i rozejrzałem się po ulicy. Mgła trzymała się jeszcze między kamienicami, tłumiła odgłosy miasta, jakby wszystko było owinięte w brudny koc. Pociągnąłem nosem – wciąż czułem w powietrzu ten charakterystyczny zapach: mieszanina dymu, benzyny i taniej perfumy. Zapach Rachel.
Nie miała prawa się tu zjawić, ale wiedziałem, że była blisko. Jej ludzie nie kiwnęliby palcem bez jej rozkazu. To ostrzeżenie pachniało nią. Uśmiechnąłem się krzywo – tylko ona potrafiła sprawić, że czułem jednocześnie wściekłość i tęsknotę.
Ruszyłem powoli, krok za krokiem, nogi wciąż miałem z waty, ale w głowie rodził się plan. Rachel chciała mnie przestraszyć? Za późno. Strach wypaliłem sobie dawno temu wraz z resztkami płuc od tanich papierosów i whisky z dna butelki.
Zostało jedno pytanie: czy ona wciąż grała ze mną w kotka i myszkę, czy może to ja byłem już tylko trupem, który jeszcze nie zauważył, że leży w ziemi?

