Share

Szakale w języku, czyli pułapki mowy potocznej

Schabowy · 8 lutego, 2026

Słuchając żywego języka polskiego, już to na ulicy zupełnie przypadkowo, już to podczas rozmowy w gronie znajomych możemy zauważyć, że język nasz ojczysty ewoluuje w stronę homogenicznego konglomeratu — swoistego owocu, czy też zgniłego jaja upadającej globalizacji.

Znajdujemy w nim takie obce nam przecież sformowania jak toczyć bułeczkę, która jest bolesną kalką językową (ang.roll a dice) albo szarawary, które nie są przecież ani szare, ani wary. Te obce wpływy jak rak toczące krystalicznie czystą tkankę narodowej mowy są w istocie wstępem do kradzieży polskości w ogóle. Niech uwadze czytelnika nie umknie fakt wprowadzenia do powszedniości zanieczyszczeń abstrakcyjnego, a więc bezideowego języka matematyki. Kto nie słyszał dziecka krzyczącego na boisku 67 albo 23 (ale już nie prasłowiańskie 44) lub liczby pierwsze ze zbioru Gräfenberga młodszego. Wpływy te pozornie nieszkodliwe są dowodem na pogańskie działania szatańskie.

Nie mniejszym zagrożeniem jest postępująca pizzeryzacja struktur składniowych. Młodzi ludzie, zamiast rzetelnego, sarmackiego „idzie mi o to”, bezmyślnie powtarzają „to jest to”, co jest oczywistym, choć ukrytym pod płaszczem entuzjazmu, hołdem dla zachodnich korporacji obuwniczych. Czyż nie widzimy, że każde wypowiedziane „okej” jest jak wbicie zardzewiałego gwoździa w trumnę Jana Kochanowskiego? To słowo, będące w istocie akronimem od staroaramejskiego zawołania do demonów piasku, wysysa z naszych ust polską wilgoć, pozostawiając jedynie suchy, pustynny kaszel egzystencjalny.

Przyjrzyjmy się też słowu „komputer”. W etymologii ludowej, którą tutaj z całą mocą forsuję, wyraz ten pochodzi od „kompan” oraz „ter”, czyli smoły. To towarzysz w smole! Każde kliknięcie myszką to w rzeczywistości małe uderzenie w dzwon wzywający do potępienia. A co z terminologią kulinarną? Dziś nikt już nie jada „polewki”, wszyscy konsumują „lunch”. Lunch – czy słyszą Państwo ten świst? To dźwięk gilotyny odcinającej nas od korzeni ziemniaczanych, od tej świętej skrobi, która budowała kręgosłupy naszych przodków.

Prawdziwa tragedia rozgrywa się jednak na polu interpunkcji. Przecinek, ten skromny strażnik oddechu, został dziś sprowadzony do roli przecinaka, którym bezlitośnie szlachtuje się polską myśl, dzieląc ją na drobne, łatwo przyswajalne dla obcych wywiadów kawałeczki. Z kolei kropka przestała być symbolem ostateczności i stała się narzędziem kropienia – nie święconą wodą, lecz jadem nihilizmu.

Wróćmy jednak do matematyki, która jak miazmat przenika do sfery sacrum. Czy wiedzieli Państwo, że suma kątów w trójkącie, jeśli wypowie się ją szeptem w pobliżu warszawskiej Starówki, układa się w częstotliwość, przy której kwaśnieje mleko w promieniu trzech kilometrów? To nie są żarty. To jest geometryczna dywersja. Każdy, kto mówi „do kwadratu”, w rzeczywistości przywołuje cztery rogi piekielne, by zamknęły nas w klatce logiki, gdzie nie ma już miejsca na ułańską fantazję i polski, swojski chaos.

Strzeżmy się zatem. Gdy następnym razem poczują Państwo chęć użycia słowa „smartfon”, ugryźcie się w język. Niech zaboli. Niech ten ból przypomni Wam, że język polski to nie jest szwedzki stół, z którego można sobie brać, co się chce, ale to husarska lanca, którą należy dzierżyć z godnością, a nie dłubać nią w zębach po zagranicznym hamburgerze.

Coś podobnego!