Dziś Barbórka — święto palaczy opon i miłośników 16. pensji (dla niepoznaki zwane szesnastkami), dzielnych eksploratorów czarnego złota, którego nikt nie chce. Wiedzeni patriotycznym poczuciem obowiązku z narażeniem życia, dostarczając bezcenny kruszec, zapewniają miliona Polaków dorosłym i dzieciom zimową dawkę smogu — sympatyczną wizję przedwczesnej śmierci związanej z nowotworem płuc.
Z okazji swojego święta górnicy wygrywać będą najprzedniejsze melodie na harmoszkach oraz założą tradycyjne stroje robocze z czapą z piórami („nun-czako„). Piórkowa palemka w dawnych czasach służyła do odkurzania sufitów w sztolniach.
W tym szczególnym, magicznym dniu przytaczamy typowe zawołania górniczych przodowników pracy:
“Fedeuj fugla (lub fingla)” — „Nie macaj mnie po dupie w ciemnościach”,
“Szychtuj szachy” — Tyle co “Jesteśmy na miejscu, rozbijaj obóz”,
„Pyrlik ci w oko” — „Bardzo cię przepraszam, ale chyba nie dojdziemy do porozumienia w tej kwestii”.
Po uroczystym odśpiewaniu hymnu ku czci pyłu zawieszonego PM10 brać górnicza udaje się na tradycyjną biesiadę, zwaną „Ucztą Ostatniego Tchnienia”. W menu króluje węgiel w każdej postaci: od carpaccio z antracytu, przez roladę śląską faszerowaną miałem, aż po deserowe brykiety w polewie z mazutu. Zamiast wina, puchary napełniane są wodą z pomp głębinowych, która świeci w ciemnościach, eliminując potrzebę używania lampek czołowych przy stole. To właśnie wtedy, w radosnym uniesieniu, prezesi spółek węglowych uroczyście palą w wielkim koksowniku dyrektywy unijne oraz podręczniki do klimatologii, ku uciesze gawiedzi wiwatującej na cześć nadchodzącego ocieplenia klimatu – w końcu im cieplej, tym więcej węgla trzeba spalić, by klimatyzacja działała. Logika ta, choć żelazna a nie węglowa, jest twardsza niż skała płonna.
W ramach atrakcji wieczoru odbywa się również loteria fantowa, w której główną nagrodą jest talon na osiemnastą pensję (wypłacaną w bonach na leczenie uzdrowiskowe w Sosnowcu) oraz Złoty Kilof, służący tradycyjnie do blokowania drzwi obrotowych w ministerstwach, gdy delegacja związkowa wchodzi po kolejne dopłaty.
W gęstych oparach siarki i dymu, gdzie widoczność spada do poziomu debaty sejmowej, naszemu reporterowi udało się zatrzymać jednego z bohaterów dnia. Pan Zygfryd „Brykiet” Pilch, starszy certyfikowany sommelier wód kopalnianych, zgodził się opowiedzieć o ciężarze, jaki spadł na jego barki wraz z przelewem szesnastej pensji (oraz wyrównaniem za deputat węglowy z lat 1994–2022).
– Redakcja: Panie Zygfrydzie, konto pęka w szwach, bankomaty w okolicy kopalni proszą o litość. Na co przeznaczy Pan tegoroczną „szesnastkę”?
– Zygfryd Pilch: Trzynastkę żech przepuścił na opony z traktora – piękny, czarny dym puściły, głęboki aromat, sąsiedzi aż z zazdrości okna pozamykali. Czternastka poszła na mandat za palenie podkładami kolejowymi, a piętnastkę żona wydała na zestaw „Mały Chemik” dla wnuczka, żeby się uczył jak dobrze spalić butelki PET. Ale ta szesnastka? To już przesada. Człowiek nie ma kiedy tego przepalić!
– Redakcja: Może jakaś inwestycja? Nieruchomości? Złoto?
– Zygfryd Pilch: Myślałem o sztuce. Podobno w Neapolu mają wspaniałe, dojrzewające śmieci komunalne. Taki importowany plastik, rocznik 2015, palony o zachodzie słońca…

